Pogórze Rożnowskie
oraz impreza patriotyczna
"ŁOWCZÓWEK 2012"
4 listopada 2012 r.

Linia
Kierownik wycieczki: Jan Ślazik
Pogoda: jesienna

Pogórze Rożnowskie

„Dziewięćset czternasty roczek cały krwią zalany...” - Łowczówek 2012

Sensacja: KTG „Wierch” jedzie na wycieczkę pociągiem! A właściwie nie tylko na wycieczkę, a na zlot niepodległościowy w Łowczówku. Cmentarz nr 171 - ten, na którym pochowano poległych w pierwszych dniach istnienia I Brygady - leży mniej więcej w połowie trasy, którą na Pogórzu Rożnowskim wyznaczają miejsca spoczynku żołnierzy „wielkiej wojny” 1914-1918. Punktualnie o 5.30 grupka o liczebności dwóch patroli spotyka się przed budynkiem dworca: gotowi! Dla prowadzącego grupę Janka, dla Gienka, Agaty, Janusza i Kazimierza udział w zlocie to już tradycja. Pozostali przeżywają nową przygodę. W pociągu pusto - mamy do dyspozycji prawie cały wagon, przeglądamy przewodniki i mapy, gawędzimy.

Cmentarz

Na początek cmentarz zaledwie parę kroków za Pleśną, w brzozowym zagajniku. Obok siebie pochowani żołnierze rosyjscy i austriaccy. Ziemia, która daje im posłanie, nie stawia pytań, kto był przyjacielem, kto wrogiem. Płonie nasz pierwszy znicz, potem będzie ich więcej. Droga wije się wśród wzgórz, idziemy dziarskim tempem, żeby o dwunastej być w Łowczówku. Mijamy kolejne cmentarze, odnowione w latach ’90 XX wieku zgodnie z pierwotnymi realizacjami architektów Siegfreda Hallera i Heinricha Scholza. Spojrzenia błądzą po jesiennym pejzażu. „Zmiotłaby nas tutaj seria z karabinu, gdybyśmy tak sobie stali...”, stwierdza ktoś z kolegów. Mimo woli przyspieszamy kroku. Drewniane krzyże wzdłuż drogi - Janek wyjaśnia, że to miejsce pochówku żołnierzy, których śmierć wynikła z tragicznej pomyłki - trafili do okopów nieprzyjaciela, biorąc je za własne. Ciemność, strach, wibrująca cisza i nagle obce głosy - jak musieli być przerażeni i jedni, i drudzy... Zapalamy kolejną świeczkę. Następne - na wzniesieniu nieopodal, gdzie wśród na tabliczkach widnieją również nazwiska włoskie - to żołnierze z południowego Tyrolu. Zginęli w chłodzie, wśród śmiesznie niskich w porównaniu z ich Alpami pagórków.

Cmentarz

Brodząc w żółknącej trawie, schodzimy na cmentarz, gdzie wraz z towarzyszami leży dowódca, podobno niezwykle lubiany. Oni w mogliłach ziemnych po prawej i lewej, on - centralnie, w grobie z kamienną obmurówką. Po wojnie jego żona długo odwiedzała to miejsce. „Jak długo?”, pytamy. Co to znaczy długo? Rok, dwa, piętnaście? Do 1939 roku? Dopóki sił i środków na podróże starczyło tej, której poważna podobizna na ciemnej tekturce z wytłoczoną na złoto nazwą dobrego wiedeńskiego atelier zbutwiała i rozpadła się w proch razem z kieszenią munduru i ciałem kapitana? Co myślała, zstępując po raz kolejny ku tej mogile? Ile razy przeszła tę drogę ze ściśniętym gardłem, zanim rozpacz przemieniła się w bolesną rezygnację? Co wiedziała o jego tutaj samotnym umieraniu? Może pisał do niej: „nie było wczoraj listu od Ciebie, ale dostałem trzy przedwczoraj” albo „dzisiaj Twoje urodziny, kochanie, a także pierwszy tutaj dzień ze śniegiem”, a potem zaraz „Z posterunku nasłuchowego widziałem trupy na drutach kolczastych”... Nie dowiemy się, co odpowiadała drobnym pismem na starannie złożonych arkusikach papieru, one też roztopiły się w nicość. Prawie sto lat minęło od tamtych wydarzeń, wyrosły nowe drzewa, urodzili się nowi ludzie. Płomień świeczki drży, kiedy wychodzimy z cmentarza. Nad nami sad czerwienieje jabłkami. Zimne i soczyste smakują życiem.

Jabłka

Na przełaj przez bukowy las podchodzimy na wzgórze, zwane Głową Cukru. Tutaj w maju 1915 roku toczyły się zaciekłe walki na linii frontu Tarnów - Gorlice. Tutaj mieści się jeden z większych cmentarzy I wojny: potężny obelisk z kamiennymi wieńcami góruje nad okolicą, wokół wzgórze pokryte jest mogiłami. Równe szeregi żeliwnych krzyży świadczą o skali strat po obu stronach. Przysiadamy na moment u stóp głównego pomnika. „Czy wypada, żebyśmy tutaj coś zjedli?”, zastanawia się Mirka. Słońce rozsiewa nad nami złotą mgiełkę. „Przecież to było wojsko... tego na pewno nie mieliby nam za złe...”, słyszę swój głos. A zatem: popas, potem zapalamy kolejne znicze. Trudno przy pięknej pogodzie myśleć o trudach walki, świat wygląda sielankowo. Próbujemy wyobrazić sobie, jak to było wtedy - bez asfaltu pod stopami, gospodarstw po prawej i lewej stronie drogi, z oddziałami nieprzyjaciela czyhającymi w pobliskim lesie. „Jeśli jest bitwa, kuchnie nigdy nie dojeżdżają na czas”, mówi Janusz tonem weterana, który ma za sobą niejedną wojnę. Milczymy.

Obelisk

Do Łowczówka już niedaleko. Mijają nas samochody, sporo ludzi wybiera się na zlot. Niemal punktualnie docieramy na początek uroczystości. Słuchamy Mszy, zakładając coraz cieplejsze okrycia - przecież to jesień. Sztandary i proporce pochylają się na apel poległych, potem jeszcze salwa honorowa, uroczyste składanie wieńców... Kiedy kończy się część oficjalna, stawiamy na grobach kilka naszych świeczek - nie umierali na próżno, skoro pamięć trwa. Trudno się pogodzić z wizją bitwy, toczącej się tutaj w wigilię i Boże Narodzenie - tak, jakby w maju czy sierpniu łatwiej było ginąć:

...Kowalski - rozerwany granatem, Ignaczak -
cztery kule w pachwinę, Nowak - od szrapnela,
Marciniak - kula w piersi... Pamiętam, jak patrzał
i skamlał umierając: „Wody... przyjaciele...”

Bracie! Ja cię napoję. Mam wodę w manierce.
Ale ten marsz bez przerwy - i nigdy postoju...
Ciężko. I nie wiem, czy mi bardziej ciąży serce,
czy na plecach tornister i dwieście naboi...
Manifestacja

Tuż przed zmierzchem stajemy w Mesznej Opackiej: nad mogiłami wznosi się postać Ukrzyżowanego z dramatycznie opuszczoną głową. Wokół gęsty szpaler drzew. Do Tuchowa docieramy już po ciemku - dwa cmentarze wojenne są tutaj cząstką komunalnych, starego i nowszego. Już płoną ostatnie znicze z Jankowego plecaka. Jest siedemnasta. W ciągu ośmiu lub dziewięciu godzin przewędrowaliśmy około 25 kilometrów. To mniejsza odległość niż dzienny przemarsz wojska. Na tym odcinku zatrzymaliśmy się na 11 cmentarzach. Na każdym z nich pochowano - średnio - około stu osób. Rachunek jest prosty: 11 cmentarzy po stu ludzi każdy... wiadomo, dlaczego I wojnę światową nazywa się tak często „wielką wojną”.

Cmentarz

Dopiero teraz czujemy narastające zmęczenie. Do odjazdu pociągu została jeszcze godzina - zatrzymujemy się w przydrożnej knajpce. Cmentarze zostają 98 lat za nami: nad miską zupy śmiejemy się i żartujemy, niektórym noc listopadowa myli się ze świętojańską, więc przymierzają znalezione po drodze wieńce. Powrót do Krakowa okazuje się nie lada przygodą: pociąg jest przepełniony jak wojskowy eszelon, ale panuje w nim cywilne rozprężenie - rozpraszamy się w poszukiwaniu miejsc - patrol rozpada się na dwu- lub trzyosobowe czujki... Pod kierunkiem Agaty dyskutuje się jeszcze o planach wycieczkowych na przyszły rok, Mirka dokarmia całe towarzystwo, Filip i Ola zanurzają się w lekturze... Potem naszą uwagę pochłania zasadniczy problem krajoznawczy: „Co - oprócz ciemności - jest przed Płaszowem?!” Wreszcie Kraków Główny - tłum porywa nas i niesie w różne strony, zanim zdążymy pomachać sobie na pożegnanie.

Relacjonowała:
Wasza korespondentka (nie)wojenna,
(mocno schrypnięta) Olga Płaszczewska


Wykorzystano fragmenty następujących tekstów:
G. Apollinaire, Listy do Madeleine, przeł. J. Hartwig, Kraków 1967;
W. Broniewski, Młodość (z tomu Wiatraki, 1925)
oraz informacje ze strony: http://www.bitwapodlowczowkiem.pl

P.S. Koledzy mili, znawcy i pasjonaci militariów, może jednak byłoby lepiej, gdybyście relację z wyprawy szlakiem wojennym napisali sami i „po Waszemu”? Nie zabrakłoby w niej wtedy numerów cmentarzy, liczby pochowanych żołnierzy, informacji na temat formacji wojskowych, do których należeli polegli, funkcjonowania poczty polowej. Byłby cytat z rozkazu Marszałka z 3 stycznia 1915 („za honor należenia do naszego żołnierskiego koła obficie krwią płacić trzeba”), wzmianki o paniach z Ligi Kobiet, które troszczyły się o godny pochówek dla wszystkich poległych, fachowe uwagi dotyczące zastąpienia karabinów Werndla mannlicherami...

Linia
Relacja fotograficzna - Olga Płaszczewska
Relacja fotograficzna - KTG WIERCH
Linia

Powrot
copyright